Słowiański przewodnik po świętowaniu - Stasiak
Recenzja
Cześć kochani, dziś pochylimy się nad jedną z najnowszych lektur dotyczących kalendarza obrzędowego Słowian.
Zapraszam!
Kilka słów wstępu. Autorka to etnografka i socjolog, a także popularyzator. Jak rozumiem, tytuł nawiązuje do instagramowego profilu. Pozycja jest ilustrowana oryginalnymi rycinami.
Książka ustawia święta według kalendarza dzieląc je na pory roku. Rozpoczynamy od jesieni, co jest niezbyt zrozumiałym zabiegiem. Tradycyjnie rok obrzędowy zaczynamy na wiosnę.
Pozycja ma wiele mankamentów, spróbujemy je rozłożyć i usystematyzować. Jest to prawdopodobnie spowodowane tym, że niestety autorka chyba nie ma ręki do pisania. Książka jest po prostu bardzo chaotyczna.
Już na pierwszej stronie brak jest przypisu profesora Urbańczyka, zresztą praktycznie w całym wstępie jest ich brak. A szkoda, bo z chęcią dowiedziałabym się na przykład, czemu znicze na grobach "oświetlają duszom drogi do wieczności". Zresztą o czym my ty rozmawiamy, jeśli próbuje się użyć książki Sapkowskiego jako źródła historycznego (?). Przypisy do dalszych rozdziałów znajdziecie na końcu publikacji, czego bardzo nie lubię, ale to już kwestia drugorzędna.
Jest tu wiele powtórzeń materiałów, chociażby na str. 25 i 28 znajdziecie dokładnie te same cytaty, co jest bardzo częste w takich niedopracowanych publikacjach.
Pozycja posiada wiele niezrozumiałych wyborów, przez co tworzy istny kocioł źródłowy. Książka nie do końca wie czym i dla kogo ma być.
Duchowość słowiańska momentami jest przesłania etnografią, od której w świetle dostępnych źródeł się odchodzi. Mija się czasem ze swoim tytułem. Znajdziecie tu święta obcej genezy, takie jak chociażby Andrzejki, jak więcej elementów katolickich, (Ba! Może nikt nie prosił, ale dostaniecie nawet cytat z Pisma Świętego!), prawosławnych (co najmniej niepotrzebna dygresja o "zapisanych" drzewach) lub zwyczajów zupełnie współczesnych jak trzymanie łuski karpia w portfelu (autorka sama potem wspomina zaznaczę, że ta obrzydliwa ryba "wkradła" się na polskie stoły komunistycznym podstępem).
Znajdziemy tu też mnóstwo uproszczeń myślowych takich jak "kult drzew" oczywiście nie osadzonych w kontekście. Książka więc nie trafi ani do środowiska naukowego, ani do laików wprowadzając ich co najmniej w błędy.
W podrozdziale o Dziadach jest omawiana wybiórczo demonologia. Jak jest to wybór dość logiczny, tak umieszczenie tu upiorów już niekoniecznie. To samo dzieje się przy omawianiu Plonów. Wymienione mamy dwa losowe demony polne i to nie takie oczywiste. Czy tematyka nie jest wystarczająco rozległa, żeby się trzymać?
Chyba najcięższym błędem pozycji są pomyłki związane ze Słowiańszczyzną Połabską. Autorka zapisuje gród kultowy Radogoszcz przez "e" w miejscu
"a", to samo czyniąc z lokalnym bóstwem Radogostem. No jest to błąd merytoryczny, a nie zwykła literówka, bo jest to powielany. A Prokop to jest w TVN. Z Cezarei był Prokopiusz.
Książka ma jednak dużo więcej "grzeszków". Między innymi jest to miejscami brak rozróżnienia części Słowiańszczyzny, z której pochodzi opisywany zwyczaj (bo nie trzymamy się tu terenów Polski) i generalnie określenia ram czasu i miejsca. Chociażby w rozdziale wiosennym jako materiał porównawczy przytaczany jest badniak, a zwyczaj nie jest tłumaczony zimą, tam gdzie powinien się znaleźć.
Podsumowując pozycja to mieszanina wszystkiego. Są elementy mitologii słowiańskiej, katolickiej, rok obrzędowy słowiański, etnograficzny i katolicki, fragmentaryczna demonologia i to wszystko na przestrzeni X wieków na całej Słowiańszczyźnie.
Czy polecam książkę? Cóż. Nie odradzam. Ale Ameryki nie odkrywa, a jest wiele pozycji dotyczących obrzędowości słowiańskiej dużo lepiej usystematyzowanych co poniższa. Mam nadzieję, że alternatywne propozycje będą się regularnie pojawiać na blogu.
Komentarze
Prześlij komentarz