Weles. Słowiański bóg zaświatów - Michaela Gajdošíková-Šebetovská
Recenzja
Hej kochani! Replika skutecznie uśpiła moją uwagę, ale oto wraca cała na biało z nowymi sposobami robienia ludzi w chuja.
Zapraszam!
Książka, którą przed sobą mamy jest napisana przez autorkę na podstawie własnego doktoratu z Uniwersytetu Karola w Pradze i "tłumaczona" przez Sikorską-Chmielewską, na której miejscu wstydziłabym się nazwiskiem sygnować coś takiego. Ale o tym zaraz.
W książce znajduje się omówienie źródeł wspominających o Welesie, postaci pokrewnych, demonicznych oraz wątków mitologicznych. Autorka korzysta głównie z porównania genetycznego do rekonstrukcji wierzeń jako z metody badawczej. Pozycja zawiera czarno-białe ryciny. Tyle słowem wstępu.
Spróbujemy na początku znaleźć jakieś jasne strony, żeby tak kompletnie nie rozjechać książki. Cieszy mnie krytyka Ivankovićia (2019), na którego mało sensowne tezy trafiłam nawet w najnowszych publikacjach polskiej profesury. Mianowicie Weles miałby być bóstwem solarnym, na podstawie teorii interpretacji drzewa kosmicznego jako Słońca. Całkiem ciekawy jest również rozdział o Welinasie, litewskim bogu-demonie, z którego to ciągnie się wiele wątków przy próbach rekonstrukcji słowiańskiej mitologii ze względu na wiele podobieństw.
Książka ma bezsprzecznie wiele mankamentów. Rozumiem, że autorka studiowała filozofię, ale używa etymologii, której prawdopodobnie nie rozumie. Chociażby wypisuje wszystkie znane wywody imienia Weles (co samo w sobie nie jest oczywiście niczym złym) po czym dodaje "wybiorę se na końcu tę, która mi będzie pasować do narracji". No to jest zaprzeczenie sensu etymologii i skrajnie nienaukowe podejście, pasujące raczej do pozycji pseudonaukowych, a nie doktoratów pisanych na poważnych uczelniach! Do tego mimo, wydawać by się mogło, przejrzystej struktury pracy książka jest bardzo chaotyczna, szczególnie na początku. Jest też skrajnie odtwórcza. Jedyne walory jakie mogłabym wskazać, to zbiór źródeł dotyczących Welesa w jednym miejscu, w tym tych etnograficznych, co prawda mało przydatnych w kontekście rekonstrukcji, spore w kontekście ciekawostek, szczególnie że są tu też rzadko cytowane źródła czeskie. Ale czy możemy z nich korzystać?
O tym, że książka nie została tłumaczona, tylko wpierdolona w translator upewniamy sie na stronie 77. Wcześniej miałam pewne wątpliwości (np. str. 44), ale pewności co do robienia czytelników w chuja nabrałam właśnie tutaj. Znajduje się tu fragment kazania łacińskiego z Litomierzyc. Jako, że "tłumaczka" zapomniała zmienić języka w translatorze, polskie mamy jedynie losowe słowa w tekście, co oczywiście wygląda kuriozalnie.
Wydaje mi się, że że przypisy zostały przesunięte przez wydawnictwo. Wrażenie potęguje nieznajomość autorki słowa ibidem. Nie wykluczam jednak, że wrażenie spowodowane jest kolejnymi licznymi błędami przy redakcji. Zastanawiam się, czy przed publikacją w ogóle ktoś te książki czyta, bo w to szczerze wątpię. Większości tych tragedii można było uniknąć nie ośmieszając autora. Jedna redakcja pozwoliłaby uniknąć kolejnej kompletnej kompromitacji wydawnictwa.
Czy polecam książkę? Nie. Przez to, że tłumaczył ją automat, nie można jej nawet uczciwie ocenić.

Komentarze
Prześlij komentarz