Wywiady Morany #1 Artur Wójcik


Wywiady Morany - wywiad z Arturem Wójcikiem

Witam serdecznie moich czytelników. Dziś mam dla Was niespodziankę. Goszczę na swoich skromnych łamach osobę i to nie byle jaką. Mam przyjemność rozmawiać z Panem Arturem Wójcikiem - autorem bloga Sigillum Authenticum, można powiedzieć bez cienia zawahania - aktywnym historykiem związanym z UJ-tem. Zgodził się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Witaj Artur!

Witaj, cieszę się, że możemy porozmawiać.

Także jestem rada z tego powodu. Masz teraz chwilę na autoreklamę, albo dopowiedzenie czegoś o sobie.
Jestem historykiem o rogatej duszy, moim największym sukcesem jest brak jakichkolwiek sukcesów. W środowisku turbolechitów i turbosłowian uważany jestem za profesora UJ-tu (co akurat jest kompletną bzdurą) i chcę zrobić karierę akademicką na “dokonaniach” turbobadaczy słowiańszczyzny. Mam więc czelność wydać i zarabiać na książce opisującej pseudonaukowy ruch internetowy skupiony wokół początków Polski. 
Zabrzmiało trochę jak antyreklama. Jakbyś opisał swoją osobę jednym słowem?
Na myśl przychodzą różne określenia i słowa. Trudne pytanie... niech będzie ekstrentyk.

Swoją historię z blogiem zacząłeś jeszcze na studiach?
Tak, to był rodzaj pamiętnika. Na początku bardziej koncentrowałem się na fanpage'u, gdzie publikowałem z kolegą Mateuszem różne ciekawostki, sylwetki naukowców czy interesujące wydarzenia naukowe.
Skąd taka potrzeba? Dla utrwalenia wiedzy?
To trochę skomplikowane. Zawsze byłem osobą ambitną i kreatywną. Udzielałem się tu i ówdzie. W pewnym momencie stwierdziłem, że chcę robić coś na własny rachunek. Uważałem, że mam swoje pomysły i inicjatywy, które sprawdzą się w realiach mediów społecznościowych, a projekty w których brałem udział trochę mnie ograniczały. Na początku zastanawiałem się co to w ogóle ma być? W jaki sposób komunikować rzetelną wiedzę? Wiedziałem, że to "coś" będzie się nazywało sigillum authenticum. To rodzaj średniowiecznej pieczęci o najwyższej randze wiarygodności. Pomimo, że na zajęciach z nauk pomocniczych historii poznawaliśmy różne typy pieczęci i ich łacińskie nazwy, to jednak sigillum authenticum utkwił mi w pamięci, podobnie zresztą jak z wykładu z historii polski średniowiecza - określenie Licikaviki. W końcu uznałem z kolegą, że założymy bloga i stronę na facebooku. W tym czasie na stronie pojawił się właściwie tylko dwa teksty: o naszej konferencji naukowej oraz wywiad naukowy z moim promotorem. Mała aktywność na blogu wynikała z braku czasu na dłuższe formy. Miałem dość skomplikowaną do napisania pracę magisterską, która pochłaniała mnie całkowicie. Na krótsze formy na mediach społecznościowych znajdowałem jednak czas. Później zająłem się prostowaniem bzdur o istnieniu Wielkiej Lechii, na początku pomagał mi w tym kolega Łukasz, ale z czasem nasze drogi się rozeszły, podobnie jak wcześniej z Mateuszem, który miał plany związane z doktoratem i nie miał czasu się udzielać na blogu. Od dłuższego czasu działam sam.
Myślałeś, że odniesiesz taki sukces? Na ten moment masz ponad 7 tysięcy czytelników!
Jak się nad tym zastanawiam, to faktycznie jest się czym pochwalić, zwłaszcza, że zaczynałem od przysłowiowego "zera". Nie mogłem liczyć na żadną promocję czy polecenie. Kupowanie lajków też jest absurdalne i śmieszne. Jak ktoś ma coś ciekawego do powiedzenia, to zawsze się "wybije" w blogosferze. Jeśli ktoś ma słomiany zapał i zależy mu tylko na wyświetleniach i atencji, to mogę mu polecić blogi i portale gdzie może zaspokoić swoje ego. To jednak nie ma nic wspólnego z hobby i pasją. Z drugiej jednak strony są blogerzy, którzy generują dużo większy ruch, posiadają grubo ponad 100 tys. czytelników (lub więcej), profesjonalną i atrakcyjną stronę internetową. Przy nich wyglądam jak kompletny amator i ten fakt w pewnym sensie trzyma mnie w ryzach, bo wiem ile mam jeszcze pracy do wykonania.
Może więc to dobra pora, żeby przestać chwalić się brakiem sukcesów. O "kupowaniu publiczności" słyszałam tylko przy platformie Youtube. Aktywny czytelnik może wzbogacić treści uwagami i komentarzem. Ostatnio wydałeś książkę, którą trzymam w ręku. "Fantazmat Wielkiej Lechii" z okładką zaprojektowaną przez Przemka “Graphosa” Świszcza. Zdaje się, że premiera była nieco przyspieszona?


O to trzeba pytać wydawcę, pierwotnie premiera miała się odbyć 9 listopada, ale wydaje mi się, że w wydawnictwie doszli do wniosku, żeby lepszą datą premiery będzie środek tygodnia niż sobota.
Znalazłbyś dla mnie trzy słowa, żeby publikację opisać?
Tu będzie mi łatwiej znaleźć słowa kluczowe: przypisy, bełkot naukowy i śmiech. Przypisy, bo jest ich dużo jak na pracę popularnonaukową. To była bardzo trudna decyzja do podjęcia - dawać czy nie dawać? Postanowiłem jednak, że jeśli czytelnik ma rozumieć sedno sprawy, to muszą się one pojawić. Bełkot naukowy, bo mam wrażenie, że jest trochę przeintelektualizowana. Moja książka w gruncie rzeczy jest takim dziwolągiem, łącze różne style - naukowy, publicystyczny, popularnonaukowy, etc. Śmiech, ponieważ można nabawić się skurczów mięśni brzucha czytając kolejne cytaty z książek bardów turbolechickich, których w mojej publikacji jest sporo.
Oh tak, choć momentami nie było mi  do śmiechu. Pseudonauka i teorie spiskowe zyskują sporo zwolenników. Nie wolałbyś prowadzić badań okołoarcheologicznych, albo grzać tyłka  przy jakimś muzeum?
Archeologia nigdy mnie przesadnie nie interesowała, ale doceniam pracę kolegów z terenu. Są one często bagatelizowane czy nawet ignorowane przez historyków. Z kolei archeologowie często wchodzą na poletko historyka nie wiedząc jak się na nim poruszać. Nie ma jednak konfliktu między historykami i archeologami. Muzeum? Nie wiem za bardzo w jakim sensie miałbym grzać tyłek?
Myślałam, że praca przy eksponatach i w archiwach może być wygodna. Wolisz zatem dyskusję? Wygląda na to, że lubisz wygrywać?
Praca historyka też nie jest nudna. Można na przykład analizować źródła historyczne, a przy dzisiejszych możliwościach nie trzeba siedzieć w muzeum, archiwum czy bibliotece. Większość źródeł mamy już dostępnych on-line w bibliotekach cyfrowych. Oczywiście praca przy eksponatach jest również niezwykle interesująca. Tylko co innego codzienna praca zawodowa, a co innego pasja. Najlepiej byłoby połączyć te dwie płaszczyzny, a często po prostu się nie da. Nie narzekam jednak, bo zawsze chciałem pracować z książkami i pracuję z książkami. Wbrew pozorom nie czuje się mediewistą, tylko drukarzem! Z wykształcenia jestem poligrafem, a staropolskie drukarstwo jest numerem jeden moich zainteresowań badawczych. Faktycznie lubię dyskutować, ścierać się z różnymi poglądami. A czy zawsze wygrywam? W przypadku Wielkiej Lechii są to pyrrusowe zwycięstwa. Są ludzie, którzy przyznają mi rację i stają po stronie rzetelności, są jednak i ci, którzy są tak zaczadzeni swoimi wymysłami i bzdurami, że nie są w stanie racjonalnie dyskutować na żadnej płaszczyźnie.

O tak, Książki są niezwykle zajmujące. Masz  może w planach kolejne własne publikacje tego typu?
Nie jestem z tych, którzy mają już gotowe następne książki, a kontrowersyjny temat, jakim jest Fantazmat Wielkiej Lechii ma być trampoliną w karierze historyka i publicysty. Nie mam parcia na szkło. Zresztą mogę bez wahania wskazać osoby, które opisałyby problem pseudonauki o wiele lepiej, a na pewno w przystępniejszej formie. Piszę do szuflady, ale czas pokaże, czy wyjdzie coś z tego więcej.
Co sam w tym momencie czytasz, jak już jesteśmy przy temacie?
Przede wszystkim książki historyczne, te naukowe i pseudonaukowe. Lubię różne nisze badawcze. Ostatnio pojawił się wreszcie doktorat Marii Molendy o ubiorze dworskim w czasach Jagiellońskich. Nie samą jednak historią żyje człowiek, ostatnio czytałem świetny reportaż Szymona Jadczaka o kibolach, którzy przejęli Wisłę Kraków. Lubię książki sportowe, ale takich dobrych pokazuje się w skali roku kilka, reszta to makulatura i produkty książkopodobne.
No proszę, więc jesteś kibicem? Co odpowiesz na zarzuty współpracy z Watykanem lub Berlinem (śmiech)?
Bardziej obserwatorem niż kibicem, w każdym razie nie fanatykiem. Współpraca z Berlinem i Watykanem układa się wzorowo (śmiech). Mówiąc jednak poważnie są to tak absurdalne zarzuty, że można sobie z nich jedynie żartować.
Co chciałbyś przekazać czytelnikom na koniec? Może jakaś mądra, życiowa sentencja? 
Że nie możemy stracić wiary w naukę, bzdury lechickie przykryje kurz niepamięci, bo jest elementem trendu, ale on minie jak każdy. Rzetelność badawcza może nie odpowie nam na wszystkie pytania dotyczące naszych początków, ale jest zdecydowanie bliżej prawdy. Zresztą jest dość spora różnica między tym w co się wierzy, a tym co wiemy.


Dziękuję za przemiłą rozmowę i poświęcenie mi gromady czasu. Dosłownie. Do zobaczenia w Watykanie.

Dziękuję i jeszcze raz zachęcam do zapoznania się z moją książką!

Książeczkę "Fantazmat Wielkiej Lechii", o której dziś rozmawialiśmy możecie zakupić między innymi w empiku: https://www.empik.com/fantazmat-wielkiej-lechii-jak-pseudonauka-zawladnela-umyslami-polakow-wojcik-artur,p1233810985,ksiazka-p Jej recenzję możecie znaleźć na mim blogu pijanamorana na platformie blogspot.com

Komentarze